niedziela, 27 stycznia 2013

Rozdział 8

 Wiem, że się rzadziej odzywam, przepraszam. I przepraszam też za tempo wstawiania, ale choroba mnie zmogła ponownie. Póki co, daje następny rozdzialik, jest całkiem... przyjemny ;) Zapraszam.




  Słońce już dawno schowało się za linią horyzontu, kiedy razem wracaliśmy z próby, tą samą ścieżką co zawsze, tak dobrze nam znaną, lipową alejką. Było kompletnie ciemno. Drogę oświetlały nam jedynie uliczne latarnie, których z resztą w samym parku było bardzo niewiele. Lubiłem takie spacery w ciemnościach, nawet bardziej niż te w dzień. Ogólnie ciemność jest fascynująca, taka tajemnicza i nieprzewidywalna.
Słabo widziałem twarz mojego towarzysza, ale coś podpowiadało mi, że Frank uśmiechał się od ucha do ucha. Dziś znowu dał prawdziwy popis swoich umiejętności i wszyscy byli z niego bardzo dumni, a w szczególności ja. Był szczęśliwy kiedy z nami grał. Widać było, że na dobre się u nas zaaklimatyzował, tu było jego miejsce i nikt go już nie zastąpi. Nawet gdyby ktoś tego chciał, nie pozwoliłbym na to. Zdążyłem już przyzwyczaić się do obecności tego chłopaka w naszym zespole, bardzo mi ona odpowiadała.
  Szliśmy równym krokiem, co jakiś czas omijając małe zbiorowiska wody na drodze. Cholerny październik! Ciągle padało i padało, nawet w słoneczne dni, jeśli w ogóle się takie jeszcze zdarzały. Kałuże pojawiały się coraz częściej. Nagle ciszę między nami przerwał plusk wody. Zatrzymałem się na chwilę, aby zobaczyć co go wywołało. To był Frank, wskakujący z impetem w jedną z kałuż. Czasami ten chłopak zachowywał się jak pięcioletnie, nadpobudliwe dziecko.
- Kurwa, Frank, co ty najlepszego odwalasz? - krzyknąłem do rozentuzjazmowanego bruneta. Miało to wyjść poważnie, jakby z  wyrzutem, a wyszło, jak zwykle, z wielką dozą uśmiechu. On ciągle sprawia, że się uśmiecham. Nic na to nie poradzę. - Nie dość, że przemoczysz buty, to się przeziębisz! Przecież jest zimno jak cholera! - widząc, jak wielką radość Frank ma z głupiej kałuży, nie potrafiłem zachować powagi w głosie. A on spojrzał na mnie swoimi dużymi oczami, podskoczył do góry i jeszcze raz obficie chlapnął wodą, pokrywając nią przy tym moje nogi.
- Czy ty bierzesz jakieś leki uspokajające, czy mam ci je kupić? - zapytałem, wycierając rękawem nogawki moich spodni. To było na nic, gdyż nie wysuszyło spodni, a tylko zamoczyło rękawy płaszcza.
- Oj, wyluzuj, Gee. No dobra, już przestaję. - Frank popatrzył na mnie z miną zbitego szczeniaczka, po czym zaczął głośno chichotać. Mimo że jego trampki były całkowicie przemoczone, on nie przestawał rechotać. Często zastanawiam się, skąd takie pokłady radości w tym skrzywdzonym przez los chłopaka. Kiedy zobaczyłem go pierwszy raz, wydawał się być inny. Nieco bardziej... poważny? W sumie, nie powinno oceniać się książki po okładce, ale wtedy odniosłem właśnie takie wrażenie. Teraz wiedziałem, że chłopak ma zupełnie inny charakter, który nie jest jednolity. Frank jest zmienną osobą. Często zachowuje się jak dzieciak. Częściej niż sprawia wrażenie zamkniętej w sobie, wstydliwej osoby. Taki też bywa, oczywiście. Ale gdy brązowooki jest radosny, mam świadomość, że to dzięki mnie. Kiedy jestem przy nim i poznaje jego charakter, czuję, że zbliżamy się do siebie coraz bardziej. Ogromnie mnie to cieszy. Może Skurwiel Way nareszcie znajdzie kogoś, kto go zaakceptuje takim, jakim on jest, bez potrzeby zmieniania się. Bo ten chłopak nie musiał się zmieniać, był wyjątkowy. Chociażby teraz, zimno, wiatr piździ po uszach, a on bez żadnego wierzchniego okrycia, w przemoczonych trampkach, skacze i śmieje się szczerze na całe gardło.
- I co teraz zrobisz, głupolu? Przemoczyłeś buty i zachorujesz - powiedziałem, udając nierozbawionego całą sytuacją.  A bawiła, cholernie bawiła.
- Aj tam, błahostkami się przejmujesz. Wyschną kiedyś - odpowiedział chłopak, chichocząc rozkosznie.

Boże, Gerard, czy ty myślisz czasem o czymś innym niż o cudownym, wspaniałym, prześlicznym uśmiechu tego kurduplowatego bruneta?

Szczerze, ostatnimi czasy, rzadko.
- Może znajdę nawet coś na zmianę w moim podręcznym tobołku - dokończył.
Fakt, Frank wszędzie ciągał ze sobą niedużą, podróżną torbę. Jakoś nie zwróciłem na to wcześniej uwagi. Pewnie miał tam kilka koszulek na zmianę, parę spodni, może jeszcze gacie czy coś w tym stylu. Ewentualnie oprócz tego jakąś bluzę, chociaż jeszcze nigdy nie widziałem go w niczym innym, niż tylko w koszulce. To zdecydowanie za mało, żeby o takiej zasranej porze roku mieszkać na ulicy. A było coraz zimniej. Z dnia na dzień słońce nie dość, że świeciło słabiej, to jeszcze szybciej robiło się ciemno. Teraz to już na poważnie bałem się o Franka.
- Chodź, podejdź tu do mnie, durniu - powiedziałem do chłopaka łagodnie, obdarzając go przyjaznym uśmiechem. Emanujący szczęściem Frank zrobił zadziorną minkę i w podskokach do mnie podszedł. Zdjąłem z siebie mój długi szalik z frędzlami i zacząłem powoli obwiązywać go wokół bladej szyi niskiego chłopaka. Był tym czynem wyraźnie zaskoczony. Przestał chichotać i przyglądał się z uwagą mojej twarzy, po czym rzekł nieśmiało:
- Gerard, wcale nie musisz... - zaczął, ale przerwałem mu w połowie zdania.
- Ciiicho. Nic nie mów. Oczywiście, że muszę. Jest za zimno, żebyś hasał sobie w samej koszulce, mój drogi - mówiłem, zdając sobie po chwili sprawę, że to "mój drogi" wyrwało mi się całkowicie mimowolnie. Frank uśmiechał się słabiutko, a na jego blade dotąd policzki, wstąpiły delikatne rumieńce. Zaśmiałem się cicho, dostrzegając to. Widok wywołał u mnie ciepłe, przyjemne uczucie. Kiedy kończyłem wiązać szalik i zabierałem już ręce od chłopaka, niechcący musnąłem palcem jego gładki policzek, co tylko spotęgowało to miłe uczucie ciepła. Policzek Franka był bez żadnych skaz, miękki, ale bardzo zimny. Chłopak marzł, lecz nie chciał albo wstydził się mi o tym powiedzieć. On wielu rzeczy się wstydził.
- Gee, nie wiem jak ci dziękować... Jesteś cudownym przyjacielem. - Frank podniósł głowę i zadarł ją lekko do góry, aby móc spojrzeć mi prosto w oczy. Był niższy, dlatego musiał trzymać głowę trochę zadartą do góry. Jego oczy w kolorze bursztynów mieniły się w słabym świetle latarni. Pogłaskałem go delikatnie po głowie, mówiąc:
- Nie musisz mi w żaden sposób dziękować. Nie chcę, żeby mój przyjaciel marzł.
Często używałem w swoich wypowiedziach skierowanych do niego słowa "przyjaciel", aby zobaczyć, czy reaguje on na nie tak samo jak ja. No i także dla tego, że zdawałem sobie sprawę, iż coraz bliżej nam do stania się prawdziwymi przyjaciółmi. Frank na to słowo zawsze uśmiechał się w zwalający mnie z nóg sposób, co pozwalało mi wyciągać jasne wnioski.
  Szliśmy dalej lipową alejką, powoli zbliżając się do jej końca. Podjąłem już decyzję. Zastanawiałem się nad tym wcześniej i byłem pewien tego, co chcę zrobić. Tym razem nie zostawię mojego przyjaciela na pastwę ulicy. Nie jestem już tym skurwielem, którym byłem jeszcze nie tak dawno. Teraz byłem skurwielem z uczuciami. Brzmi to dziwnie, nie powiem. Byłem pełen takich sprzeczności.
Ustaliśmy na rozstaju naszych dróg, rzucając sobie nawzajem głębokie spojrzenia.
- To co, do następnego razu? - zapytał chłopak, obdarzając mnie swoim uroczym uśmiechem, pomimo tego, że tak na prawdę było mu smutno. Tak jak i mi. Ale zaraz wszystko ulegnie zmianie i nikt już nie będzie smutny.
- Frank, słuchaj, ja... -  zacząłem niepewnie. Miałem świadomość tego, że to, co zaraz powiem, może na zawsze zmienić moje życie, ale bardzo tego chciałem. - Krótko cię znam, ale wiem, że jesteś dla mnie kimś ważnym i chcę dla ciebie dobrze... - czułem, że mój głos załamie się za moment. - Nie mogę pozwolić, żebyś dalej plątał się po ulicy w te okropnie zimne wieczory. Nie mogę znieść tej świadomości, że cierpisz – urwałem, gdyż poczułem zaciskające się na mojej dłoni delikatne, chłodne palce. Podniosłem wzrok, do tej pory wlepiony w ziemię i ujrzałem jego uśmiechniętą twarz. Chciał mnie po prostu uspokoić, widział trud, jaki towarzyszył wypowiadanym przeze mnie słowom. Jego uśmiech koił moje nerwy. Rzadko się czymś denerwuję czy przejmuję, dlatego trudno mi wyjść z tej sytuacji obronną ręką. Sam nie dam rady. Ale on nadal tu jest i przysłuchuje się z uwagą temu, co mówię. Spojrzałem w jego roziskrzone oczy. W te dwa piękne bursztyny. Mimowolnie mocniej ścisnąłem jego drobną dłoń. Całkowicie odruchowo. - Możesz zamieszkać u mnie, jeśli oczywiście wyrazisz na to zgodę. Póki nie znajdziesz sobie jakiegoś własnego miejsca i nie ułożysz jakoś życia… Służę domem, pomocą i czym tylko jeszcze sobie zechcesz, i jak długo zechcesz - skończyłem dukać z wielkim trudem. Nie spuszczałem wzroku z twarzy bruneta. Patrzył na mnie z niedowierzaniem jak w zaczarowane zwierciadło. Spostrzegłem, że jego bursztynowe oczy zaszły łzami, a dolna warga drgała nieznacznie.
- Gerard, ja... - odrzekł niezwykle cicho, niemal szeptem. - Ja nie wiem co powiedzieć... Ty masz swoje życie, nie jestem pewien, czy mogę się w nie tak władować z butami. Po co ci jakiś przybłęda w domu... - mówił chłopak drżącym głosem, nie spuszczając ze mnie wzroku ani na chwilkę. Nie dowierzał, ciągle pragnął dalszych zapewnień o prawdziwości moich słów.
- Ten przybłęda, to mój przyjaciel - odrzekłem, zbliżając się do Franka. Podniosłem dłoń i delikatnym ruchem otarłem łzę, która spływała po jego gładkim policzku. Dreszcz, który niespodziewanie przebiegł po całym moim ciele spowodował, że z moich ust wydobył się cichy syk. Cóż, nie kontroluję pewnych odruchów, jestem tylko człowiekiem. Chłopak podniósł wzrok, pozwalając naszym spojrzeniom spotkać się ponownie. Spoglądając w jego roziskrzone oczy, wyszeptałem:
- Frankie, zabieram cię do siebie i nie protestuj już.
„Frankie” to doprawdy prześliczne zdrobnienie jego imienia. Ale ja, bystrzak, odkryłem je dopiero teraz.
Chłopak bez słowa zbliżył się do mnie. Powoli przyłożył swoją głowę do mojej klatki piersiowej, a ręce splótł na mych plecach. Taki cały we mnie wtulony, nadal dygotał. Nie wiem czy z zimna, czy z jakiegoś innego powodu. Teraz przynajmniej mogłem odwzajemnić ten gest. Objąłem go jedną ręką w okolicy bioder, drugą zaś pogładziłem lekko jego potargane przez wiatr włosy. Głośno wypuściłem powietrze z ust, a ono natychmiast zamieniło się w białą chmurkę, która po chwili całkowicie się rozpłynęła. Poczucie zimna znikało, kiedy byliśmy tak blisko. Czułem szybkie bicie jego serca. Było to dla mnie całkowicie nowe doświadczenie. Serce innego człowieka, bijące tak blisko ciebie... Zdawało się niemal, że byliśmy jakby jedną osobą, czując wzajemnie rytmiczne uderzanie swoich serc. Będę tęsknić za tym uczuciem, kiedy ta chwila przestanie trwać. Słabym głosem, wyszeptałem:
- Frank, nie płacz już, wszystko się ułoży. Nie zostawię cię w potrzebie. Możesz na mnie liczyć, pamiętaj o tym.
Teraz byłem całkowicie przekonany o szczerości swoich słów. Nie musiałem go oszukiwać, bo wiedziałem, że chcę wypełnić każdą obietnicę, jaką mu złożę. To taki niepisany pakt między mną, a moim sumieniem.
Chłopak odkleił się ode mnie powoli i spojrzał mi w oczy wzrokiem przepełnionym nadzieją i wdzięcznością. Jego kąciki ust uniosły się delikatnie. Wyglądał tak bezbronnie, nie mógłbym go takiego zostawić tutaj, czyli praktycznie nigdzie. Bo to nie było miejsce, w którym człowiek może mieszkać. Szkoda, że zdałem sobie z tego sprawę dopiero teraz. Zaopiekuję się tym chłopakiem. Przyrzekam to sobie, choćby nie wiem jak to miało wpłynąć na moje dotychczasowe życie. Z resztą, ono się teraz nie liczy tak jak on.
- Dziękuję... - szepnął cichutko, nie zabierając swoich drobnych dłoni z moich pleców. Chciałbym, żeby zostały tam jak najdłużej. Obdarowywał mnie bezgranicznym ciepłem.
On mnie zmieniał, zmieniał na lepsze.
- Chodźmy już do domu, Frankie – odparłem, wciąż głaszcząc jego włosy, skołtunione i uroczo rozczochrane.
"Do domu". Te słowa musiały zabrzmieć dla niego tak obco...

środa, 16 stycznia 2013

Rozdział 7

 Długo mnie nie było, oj długo... Ale moja choroba powoli odchodzi, tak więc oto wracam do świata żywych i przynoszę Wam nowiutki, jeszcze ciepły rozdział. Jest przeciętny, bardzo przeciętny. Akcja w tym opowiadaniu rozkręca się powoli. Ale się rozkręci, obiecuję. C:
Jeszcze tylko szybkie podziękowania dla mojej autokorekty, wielkie joł dla Eleny.
Czytajcie i komentujcie, smacznego. C;


- Frank! Ej, tutaj jestem! - krzyczałem na całe gardło przed wejściem do parku. Dzisiaj znowu było tam mnóstwo ludzi. Denerwowało mnie to. Łażą tylko po to, żeby mnie wkurwiać i tarasować drogę bez wyraźnego celu. Nie cierpię takich ludzkich gromad, przemieszczających się leniwie z miejsca na miejsce, okropność. Ja prawie zawsze chodziłem wszędzie sam.

A zastanawiałeś się czasem dlaczego, Gerardzie Skurwielu?


Po prostu nikogo nie lubiłem na tyle, aby móc się z nim wybrać na spacer po mieście.

Albo nikt na tyle nie lubił ciebie...

Och, no już bez przesady...
Czasami, sporadycznie, ale bywało, że ktoś mi towarzyszył.
Frank dreptał zagubiony nieopodal kiosku, najprawdopodobniej wypatrując mnie w tym cholernym tłumie. Błądził gdzieś wzrokiem, szukając znajomej twarzy. Krzyknąłem jeszcze raz:
- Frank, tutaj! Za tobą! Odwróć się, do ciężkiej cholery! - Chłopak wreszcie usłyszał mój głos, przebijający się przez zbiorowisko ludzi. Odwrócił się, a kiedy tylko mnie ujrzał, uśmiechnął się promieniście. W tym uśmiechu zobaczyłem wszystko. To był właśnie cały on. Kiedy się nie uśmiechał, nie był sobą. A przynajmniej nie tym chłopakiem, na którym tak mi zależało.
No bo był moim przyjacielem, no nie? A przynajmniej zaczynał nim być.
Machnął ręką dając znak, że mnie widzi i szybkim, zdecydowanym krokiem zaczął zmierzać w moim kierunku. Przepychał się przez zbity tłum, tak bardzo się cieszył, że nareszcie widzi kogoś znajomego, kogoś z kim może szczerze porozmawiać, pośmiać się i miło spędzić czas. Należało mu się to, chciałem, żeby przy mnie zapominał o swoich nieszczęściach i czuł, że nadal jest w stanie wszystko zmienić i żyć tak, jak tego chce.
- Hej, Gee! - powiedział radośnie. "Gee", jak fajnie to zabrzmiało. Lubiłem, gdy ktoś mnie tak nazywał, choć rzadko to słyszałem. Mama mnie tak nazywała, bardzo dawno temu. - O rany, jak super, że już jesteś. Przez chwilę myślałem, że nie przyjdziesz. - Frank mówił bardzo szybko, a jego bursztynowe oczy błyszczały ze szczęścia - Ale w końcu jesteś. To super! - Chłopak ciągle uśmiechał się szeroko. Patrzyłem na niego i aż nie mogłem się nadziwić, skąd w tym niskim człowieczku tyle radości. A z czego się cieszył? Ze spotkania ze mną. To ja byłem tym jego powodem do ciągłej radości. Mając tą świadomość, nie potrafiłem być obojętny na okazywane przez Franka szczęście i uśmiech gościł na mojej twarzy praktycznie bez przerwy. Ja byłem jego radością, a on moją,stąd ten ciągly uśmiech. A ja w dodatku uwielbiam, kiedy ten chłopak się śmieje.

Doprawdy, skurwielu? Nie uważasz, że brzmi to trochę dziwnie?


Może odrobinę... Ale taka jest prawda, więc po co mam się oszukiwać?

Wiesz, czasem powinieneś się oszukiwać, chociażby, żeby nie zwariować...

Sam siebie nie rozumiem, naprawdę...
- Jejku, Frank, spokojnie. Tak, już jestem. Przestań skakać jak postrzelony - powiedziałem do uradowanego bruneta, nadal nie mogąc powstrzymać się od szerokiego uśmiechu. Dzięki Frankowi uśmiecham się  znacznie częściej. To jedna z najwspanialszych zmian w moim życiu.
Zmiany. W moim życiu... To nadal brzmi niezwykle.
- Dobra, już jestem spokojny. Zobacz, stoję w miejscu! - Dalej mówił chłopak, szczerząc się do mnie rozbrajająco. Cholera, przez to, że on ciągle się tak chichra, nie mogę się skupić...
- Chyba nie spóźniłem się aż tak bardzo? - spytałem.
- Nie, nie przejmuj się, długo nie czekałem. Ale na spotkanie cieszyłem się od samego rana. Wiedziałem, że to będzie fajny dzień! Jej, Gee, ja należę do zespołu! Dzięki tobie! - Frank znów mówił bardzo głośno, niemal krzyczał z podekscytowania. Ludzie, którzy przechodzili obok, rzucali nam dziwaczne spojrzenia. No trudno. I tak jestem postrzegany jako skurwiel, miano świra chyba mi nie zaszkodzi.
Ten chłopak to prawdziwa mieszanka emocji, raz tajemniczy, skryty i zawstydzony, raz rozgadany i roześmiany. Dużo można się po nim spodziewać, tak podejrzewam. Teraz skakał i chichotał jak wariat i nagle, zupełnie niespodziewanie, mocno mnie przytulił. Objął mnie całego, ściskając przy tym moje ręce w taki sposób, że nawet nie byłem w stanie odwzajemnić tego przemiłego, spontanicznego gestu. Splótł swoje dłonie na moich plecach z całych sił, gnieżdżących się gdzieś w głębi jego wątłego ciałka. Nie mogłem nawet drgnąć, bo chłopak uniemożliwił mi jakikolwiek ruch. Jego głowa przylgnęła do mojego torsu. Wybiegłem z domu w tak szybkim tempie, że nawet nie zdążyłem zapiąć płaszcza i w efekcie czułem oddech Franka, bardzo ciepły, przebijający się przez moją cienką koszulę. W jednej chwili poczułem się taki potrzebny, niesamowite uczucie. Świadomość tego, że ktoś cię potrzebuje, była mi jak dotąd zupełnie obca. Tymczasem niski brunet podniósł mnie i zakręcił się dwa razy, a ja wybuchnąłem głośnym śmiechem. Nikt mnie chyba nigdy nie podniósł od tak, po prostu. Zdawałem sobie sprawę z tego, iż nie jestem najszczuplejszą osobą jaką znam, ale dla niego najwyraźniej nie stanowiło to żadnego problemu. Nie byłem w stanie powstrzymać mojego rechotu, choćbym nie wiem jak bardzo chciał. Ten chłopak jest niezwykły we wszystkim co robi.
- Frank, postaw mnie już, ty świrze. Ludzie patrzą się na nas jak na uciekinierów z zakładu psychiatrycznego - mówiłem, próbując zachować choć odrobinę powagi, ale wychodziło mi to niezwykle marnie. Moje serce biło szybciej niż zwykle. To pewnie z tej ogromnej radości...
Bursztynooki chłopak uwolnił mnie ze swojego uścisku, ale ja nadal czułem przyjemne ciepło, które zostawiły na mnie jego chude, wytatuowane ręce i gorący oddech.

Gerard, ciepło ci przez tego chłopaka. Opanuj się, zacznij trzeźwo myśleć.

Moje myśli czasem bywają nie do zniesienia. Tak jak cały ja.
 - Przepraszam, Gee, przepraszam, już się uspokajam ja po prostu... - mówił, teraz lekko zawstydzony, brunet. Ciągle odgarniał niesforne kosmyki włosów z czoła. Po chwili jednak znowu zachichotał. Kiedy Frank się śmiał, sprawiał wrażenie małego dziecka, które pierwszy raz jest w wesołym miasteczku i widzi watę cukrową. Chichotał dokładnie jak takie urocze dziecko.
- Nie masz za co przepraszać, tylko uspokój się już trochę, bo chcę ci coś dać - powiedziałem z zadowoleniem i wyjąłem ze swojej czarnej torby spory termos z gorącą kawą i torebkę z dwiema kanapkami. - Trzymaj, to dla ciebie - rzekłem z uśmiechem na ustach, wpatrując się w bursztynowe oczy chłopaka. Były jasne, duże i, nie ma co ukrywać, cholernie piękne. Tak, przyznałem, że oczy tego chłopaka mi się podobają, wielkie rzeczy... Oczy pani ekspedientki z pobliskiego warzywniaka też mi się podobają, gdyż mają niezwykle jasny odcień zieleni, a to przecież nic nie znaczy.
- To dla mnie? Serio? O ja cię, super jesteś, wiesz? - odrzekł rozpromieniony brunet, przyjmując ode mnie podarunek. Ciągle spoglądał mi prosto w oczy, śmiejąc się równocześnie.
- No jasne, że wiem - rzuciłem mu swój zadziorny uśmieszek i poklepałem go po plecach. Frank znowu miał na sobie tylko koszulkę. A było na prawdę wietrznie. Przez cienką bluzkę chłopaka wyczułem jego wystający kręgosłup. Brunet był chudy niczym szkielet, a na dodatek niski. Sprawiał wrażenie kruszynki, dosłownie. Cholernie delikatnej, kurewsko niewinnej kruszynki. Przy takich gabarytach, spanie na ulicy kompletnie mu nie służy. Coraz bardziej zaczynałem się o niego martwić. Na dodatek nie ma kasy na jedzenie, a przy takiej pogodzie trzeba jeść więcej. No ale z czego on żył? Z dobroci innych ludzi. A powiedzmy sobie szczerze - w dzisiejszych czasach trudno o bezinteresowną dobroć. O dziwo, to ja ją dla tego chłopaka ofiarowywałem, nie chcąc nic w zamian. Wystarczył mi widok jego uśmiechniętej twarzy, to była dla mnie nagroda.

 Niesamowite, to skurwiele też mają uczucia?

Z czasem zaczynają je mieć, potrzeba tylko swojego rodzaju impulsu...
- Chodź, usiądziemy na ławce. Spokojnie sobie zjesz i napijesz się gorącej kawy, a zaraz potem spadamy na próbę - powiedziałem, a Frank tylko z zadowoleniem kiwnął głową. Jego kąciki ust uniosły się w geście subtelnego, dziękczynnego uśmiechu. Ślicznego uśmiechu.

Dobra, Gerard, skończ ciągle myśleć o uśmiechu tego chłopaka, do kurwy nędzy...


 Zmierzaliśmy w kierunku najbliższej ławki. Była ona mocno obdarta z farby i przysypana wilgotnymi liśćmi lipy. Odgarnąłem je szybko, po czym usiedliśmy spokojnie. Frank z apetytem zajadał pierwszą z kanapek, upijając co chwila łyk wciąż gorącej kawy, a ja spoglądałem na niego zadowolony, z głupim uśmieszkiem na twarzy.
- Gełałd... - powiedział chłopak z buzią pełną chleba i masła orzechowego. Parsknąłem śmiechem.
- Słucham, panie głodny? - odpowiedziałem, nie spuszczając wzroku z jego twarzy. Zapominam się z tym trochę. Czasem, kiedy wpatruję się w jego twarz dłuższą chwilę, czas jakby staje w miejscu.
- Wiesz... - Przełknął, po czym mówił dalej - Twoje kanapki są takie zajebiste! - wykrzyczał rozentuzjazmowany, uśmiechając się przy tym szeroko. Zacząłem głośno chichotać, a po chwili odrzekłem:
- Frank, daj spokój. To tylko kanapka z masłem orzechowym, nic specjalnego.
- Dawno nie jadłem czegoś równie pysznego. Dziękuję, przyjacielu - odpowiedział chłopak, spoglądając mi głęboko w oczy. Był całkowicie poważny w tym momencie. Te "przyjacielu" dźwięczało mi przyjemnie w głowie, jakby odbijało się w niej echem. Frank pewnie dawno nie jadł nic, co można by nazwać normalnym jedzeniem i te kanapki, z pozoru nic wielkiego, były dla niego prawdziwą ucztą królów. Przeżuwał jeszcze chwilę, po czym napił się parującej kawy. Mruknął z zadowoleniem, a ja patrzyłem jaką radość daje mu kawa. Zupełnie jak mi. Zauważyłem już wcześniej, że łączy nas mnóstwo rzeczy. Obaj uwielbialiśmy muzykę, w dodatku te same zespoły. Kiedyś ja również próbowałem grać na gitarze, jednakże okazałem się być mało pojętnym uczniem i zostawiłem to w cholerę. Nie potrafiłem nawet zagrać kilku akordów, żeby się z tryliard razy przy tym nie pomylić. Bądź co bądź, uczyłem się sam. Pomagał mi tylko Mikey, dla którego gra na gitarze to była pestka. Potrafił grać na gitarze i basowej i tej normalnej. Ale czego ja mogłem się spodziewać po nauce, która wyglądała mniej więcej tak: "Mikey, czy to jest akord?" I tu padał jakiś niezidentyfikowany brzdęk. "Nie, przygłupie. To nie jest akord" - wieczna odpowiedź mojego kochanego brata. Mimo wszystko, nadal miałem sentyment do tego instrumentu.
- Nie masz za co dziękować. Potrzebujesz tego, przyjacielu - odrzekłem, specjalnie wplatając "przyjacielu" w moją odpowiedź. Ten wyraz brzmiał przyjemnie nawet w ustach takiego skurwiela, jak ja. Chłopak odwrócił się w moją stronę, po czym obdarzył mnie pięknym, szczerym uśmiechem. To najlepszy sposób podziękowania za miłe słowa. On wyglądał tak... rozczulająco. Nie mogłem się powstrzymać i zmierzwiłem dłonią jego i tak już rozczochrane, ciemne, przydługie włosy.
 Bez słowa wstaliśmy z ławki i powolnym krokiem przemierzaliśmy parkową alejkę. Teraz chciałbym, aby ta betonowa ścieżka miała kilka kilometrów.

czwartek, 10 stycznia 2013

Od autorki.

Cholernie przepraszam, ale będzie opóźnienie z następnymi rozdziałami (już jest, ale no cóż). Dlatego, iż po pierwsze primo jestem bardzo chora i ledwo dycham. Po drugie primo, szkoła, szkoła i jeszcze raz szkoła. Poprawianie ocen, te sprawy. I po trzecie primo, mój posrany laptop się zepsuł i mam z nim prawdziwą udrękę.
Postaram się dodać rozdział w następnym tygodniu, ale nie obiecuję. I pewnie rozdziały od tej pory będą tak wstawiane, średnio raz w tygodniu.
Pozdrawiam wszystkich, których to wszystko w ogóle interesuje.  

środa, 2 stycznia 2013

Rozdział 6

  Porywający rozdział o dupie Maryny, zapraszam.
  I komentujcie, proszę, komentujcie nadal, lubię wiedzieć co kto myśli o moich wypocinach C:
  No i dziękuję za istniejące już komentarze C;
 A, no i WESOŁEGO NOWEGO ROKU :P



 Wcześnie rano obudził mnie dzwonek do drzwi. Było około godziny 9. Tak, dla przeciętnego człowieka to nie jest tak znowu wcześnie, ale ja chodziłem spać bardzo późno, a czasem nawet wcale. Bywało, że siedziałem od dajmy na to 21:00 nad jakimś rysunkiem i zasypiałem z głową w kartce dopiero o 5 nad ranem. A kiedy się budziłem, moją pierwszą myślą było "Kurwa, artysto, znowu dałeś w kimę nad rysunkiem..." No niestety, tak już ze mną jest, jeżeli już zasiadłem do rysowania, żadna siła nie była w stanie mnie od tego odpędzić. Także, o 9:00 ani myślałem o pobudce. Kto, do cholery, budzi ludzi praktycznie w środku nocy?! Jeszcze ciemno, a ja już mam wstawać, niech to jasny szlag... Właśnie dlatego czasami mam ochotę zostać jedynym człowiekiem na tym paskudnym świecie. Ciekawe, jak to by było wieść takie życie, samotnie, bez niczyjego wsparcia i niczyjej obecności... Kurwa, przecież ja non stop wiodę takie życie, co za dobitna ironia, mój Boże... No ale niech będzie, zejdę na dół, otworze cholerne drzwi, może coś miłego mnie czeka, kto wie...

 Tak, no jasne, a od kiedy ciebie może czekać coś miłego, Way? Na dodatek o 9 nad ranem? W sumie, sam nie wiesz, skurwiele nie wstają tak wcześnie.

Przecież doskonale o tym wiem. Ale skoro już postanowiłem zejść na dół, to zejdę.
Leniwie podniosłem głowę z poduszki, a moje oczy od razu doznały szoku przez spotkanie z ostrymi promieniami słońca, wpadającymi przez duże okno do mojego pokoju. Rozejrzałem się dookoła. Na niewielkim, nocnym stoliku stał napoczęty słoik z dżemem morelowym. A może brzoskwiniowym, nie pamiętam dokładnie, w każdym razie, był przepyszny. Wieczorami mam wielką chęć na coś słodkiego, a rzadko kiedy posiadam w domu zwyczajne słodycze, przez brak czasu lub pieniędzy na ich zakup. Większość swoich oszczędności przeznaczałem na przybory malarskie i nowe ołówki, które gubiłem lub łamałem w zatrważająco szybkim tempie. Więc dżem, który czasem przynosi mi mój brat, jest wspaniałym rozwiązaniem na zaspokojenie mojego słodkiego głodu. Alice robi naprawdę świetne przetwory i jest na tyle miła, aby się nimi podzielić ze swoim szwagrem. W końcu dźwignąłem się z łóżka. Przeszedł mnie dreszcz, kiedy moje bose stopy dotknęły lodowatej podłogi. Trzeba było kupić kapcie od tego Turka, który tydzień temu łaził po naszej ulicy od domu do domu, a nie wyzywać go od śmierdzących brudasów i kazać mu spierdalać. Tak, to niewątpliwie było dosyć niemiłe, a może nawet obraźliwe...

 Och, doprawdy, jak na to wpadłeś, skurwielu? To przecież postawa bardzo w twoim stylu, Gerard.

Niestety, to smutna prawda, takie zachowania są dla mnie mocno charakterystyczne. Ale staram się być lepszy, ostatnimi czasy się naprawdę staram... No co, może nie?

 Kretynie, wiesz, że gadasz sam do siebie, prawda?

 Wiem i zaczyna mnie to odrobinę martwić.
Schody głośno zaskrzypiały pod wpływam mojego ciężaru, gdy leniwie pokonywałem drogę na dół. Kiedy stałem już przed frontowymi drzwiami, z rezygnacją nacisnąłem klamkę, by za chwilę móc ujrzeć osobę, która śmiała przerwać mi sen o tak wczesnej godzinie. Tak jeszcze tylko dla przypomnienia, była 9:00. 9:00, do cholery! Dobra, już, spokój, jestem spokojny. Kiedyś mój wujek Jeff kupił mi płytę DVD z ćwiczeniami tai chi na uspokojenie. To było dawno temu, jeszcze w szkole średniej, kiedy to zdarzały mi się częste i niekontrolowane napady złości. Uznałem, że to całe tai chi jest głupie i poradzę sobie bez tych idiotycznych ćwiczeń, więc opchnąłem płytę na ebay'u za niecałe 30 dolców. Teraz jednak uważam, że przydałaby mi się ona z powrotem. W pewnych sytuacjach, kiedy mój gniew sięgał zenitu, zamiast walić pięścią w ścianę odprężyłbym się przy ćwiczeniach tai chi. Pamiętam, że na opakowaniu płyty był dziwny gość, który stał na jednej nodze ze złożonymi dłońmi. Wyglądał, jakby odprawiał jakąś modlitwę. Pod facetem widniał napis "Tai chi dla początkujących". I cena - 12.99$. A mi się udało sprzedać to badziewie za prawie 30 dolarów, no no no. Osoba kupująca pewnie była słabo rozgarnięta.

Gerard, powiedz jeszcze tylko, na cholerę teraz rozpamiętujesz jakieś nic nie znaczące pierdoły?

Ludzie, nie wiem, doprawdy, nie mam pojęcia. Może naprawdę się starzeję?
No tak, to Helen zaszczyciła mnie swoją obecnością. Stała po drugiej stronię i opierając się o ścianę wpatrywała się we mnie swoimi dużymi, błękitnymi oczami. Jej długie włosy opadały subtelnymi lokami na ramiona i łopatki. Tak wcześnie, a ona już ma na mnie ochotę, co ja takiego w sobie mam?

 Seksowny skurwiel. Laski lubią seksownych skurwieli.

Gerard, skończ już prowadzić te "inteligentne" przemyślenia. Twoja dziewczyna stoi przed tobą i jest zapewne bardzo napalona, także wpuść ją szybko do środka.
 - Hej He... - nie zdążyłem nawet dokończyć, bo ona już zaatakowała z impetem moje usta. Najwidoczniej bardzo się za mną stęskniła, oj bardzo... Była wyjątkowo brutalna w tym pocałunku, co chwila gryzła mnie w dolną wargę. Nie mogę powiedzieć, że mi się to nie podobało, absolutnie. Ta jej agresywność była w tym przypadku całkiem przyjemna. Musiałem jednak kiedyś przerwać ten morderczy pocałunek. Nabrałem powietrza i na wydechu rzuciłem:
 - Stęskniłaś się za kimś, Helen? - zapytałem z ironią. Lubiłem ją czasem denerwować, aby przeciągnąć niektóre sytuacje.
 - Och zamknij się w końcu. - odparła szybko, po czym napierając na moją klatkę piersiową, przewróciła mnie na podłogę. Kurde, zawziętość godna podziwu, naprawdę. Lecz miejmy na uwadze też to, że o 9 nad ranem, nie byłem jeszcze w pełni swoich sił i myślę, że nawet dziecko zdołałoby mnie przewrócić.
Dziewczyna w pośpiechu zdzierała z siebie ubrania, pomagałem jej w tym jak tylko mogłem. Ja już dawno byłem nagusieńki, gdyż miałem na sobie tylko bokserki, które już po paru sekundach od upadku na podłogę zaginęły w akcji.
Ona chciała mnie tak bardzo, matko, aż w pewnych momentach mnie przerażała. Szybki numerek na początek dnia to w sumie całkiem fajny pomysł. Tyle, że nie byłem do końca przekonany co do miejsca, w którym wszystko miało się odbyć. To była przecież zimna posadzka w kuchni! Której na dodatek nie odkurzałem z dwa tygodnie albo i więcej, więc kto wie, na co możemy się natknąć podczas naszej miłosno - kuchennej przygody...
 - Weź mnie tutaj, teraz, proszę. - szeptała błagalne. Ciężko jej było powiedzieć cokolwiek przez to wszystko, co zaraz miałem jej zgotować. Pistolet, nie dziewczyna...
 - Tu, na podłodze w kuchni? - zapytałem, uśmiechając się zadziornie. Lubiłem wszystko przeciągać, to mnie bawiło, mimo iż dziewczyna chciała wszystkiego w tej chwili. Ale ja nie jestem taki łatwy, jestem przecież skurwielem z krwi i kości, chciałem się trochę zabawić.
 - Tak! - krzyknęła podniecona, po czym zatkała mi usta kolejnym, agresywnym pocałunkiem, żebym już niczego nie próbował przedłużać. Wyczuła, że robię to specjalnie. W końcu jednak musiałem dać jej to, o co tak prosiła. Było jej ze mną bardzo dobrze, starałem się jej dogodzić, żeby zapamiętała to na długo. Co chwilę między jej jękami słyszałem " Geeraard ". Byłem agresywny w tym co robiłem, tak jak ona. Kiedy osiągnąłem spełnienie, ona krzyknęła moje imię tak głośno, że myślę, iż mogła obudzić sąsiadów. No, ale to wspaniale, wiedziałem, że spisałem się na medal, mimo iż miałem tak mało czasu. Przecież Hel zaraz idzie do pracy, na którą zawsze się skarży, że jest taka okropna. Dlatego na zapewnienie sobie dobrego humoru przez cały dzień, postanowiła z samego rana odwiedzić mnie. Doskonały plan. Niewątpliwie, będę wspominał ten poranek bardzo miło.

    Kiedy nasze igraszki dobiegły końca, Helen pośpiesznie się ubrała i opuściła mój dom z wielką niechęcią. Zdążyła jednak ostatni raz ugryźć mnie w dolną wargę, jak to często zwykła robić. A ja, całkowicie nagi, leżałem na zimnej podłodze w kuchni, niedaleko zmywarki. Zdziwiłem się mocno, ale jednocześnie uśmiałem się szalenie widząc, że moje bokserki wylądowały na lodówce, 5 metrów dalej. No rzeczywiście, zaginęły w akcji. Nieźle żeśmy się z Hel dziś zabawili, naprawdę nieźle.
    Ja i Helen byliśmy razem już trzeci miesiąc. Była ona bardzo urodziwą kobietą, na dodatek niezwykle pracowitą. Nie cierpiała swojej pracy, jednak wykonywała ją bardzo sumiennie. Poznałem ją kiedyś przypadkiem na urodzinach Mikey'go, no i najwidoczniej wpadłem jej w oko, bo od tamtego czasu bardzo często pojawiała się tam, gdzie przebywałem ja. To ona zaczęła całą inicjatywę, nie musiałem dużo robić. Spędzaliśmy czas bardzo przyjemnie, lubiłem to ogromnie. Lecz byłem też przekonany co do jednego - nie kochałem jej. Kurwa, to idiotyczne, spotykać się z kimś tylko po to, żeby się spotykać, a ja i tak to robiłem. Jestem żałosnym skurwielem, lubiącym zabawę ludzkimi uczuciami. Nie mogę też powiedzieć, że mi na niej wcale nie zależało. Jednakże wiedziałem, iż to nadal nie jest to, o czym marzę przez całe życie. To czyste, bezinteresowne uczucie. Czasem miewałem wrażenie, że łączył nas tylko i wyłącznie seks (świetny, nie mogę stwierdzić inaczej). Nie wiem, ile zamierzam to wszystko ciągnąć, to jak na razie mój najdłuższy związek. Było parę innych kobiet w moim życiu, ale jak szybko się pojawiały, tak szybko też znikały. Byłem bardzo dobry w łóżku, to je przyciągało, niewątpliwie. Ale, kiedy bliżej mnie poznawały, odchodziły. Mam okropny charakter, sam to wiem, ale nie zamierzam się na siłę zmieniać dla kogoś, kto i tak wcześniej czy później mnie zostawi, bez żadnych skrupułów i wyrzutów sumienia. Mam problem ze zmianą samego siebie i nawet gdybym bardzo chciał stać się lepszym człowiekiem, nie nastąpi to szybko. Czasem było mi ze sobą samym dobrze, bywało jednak, że miałem ochotę przestać istnieć. Najważniejszą lekcją od życia było jak dla mnie nauczenie się ignorowania zdania innych na mój temat. To bardzo przydatna umiejętność, dzięki której można oszczędzić sobie niepotrzebnego bólu.
Także, Helen była miłą odskocznią od mojego życia, ale moim życiem nie była i nigdy zapewne nie będzie.

  ***

   Kiedy się ubrałem i coś przegryzłem, usiadłem do szkicu pejzażu. Musiałem skończyć ten obraz nie później, niż za trzy tygodnie, miałem już wyznaczony dokładny termin. A jak na razie naszkicowałem tylko głupie drzewo i zarys gór. Musiałem zatem wziąć dupę w troki i się streszczać. Siedziałem nad szkicem tak długo, aż ukończyłem go prawie w całości. Swój żywot zakończyło przy tym kilka naprawdę dobrych ołówków, ale tak już jest ze mną kiedy wciągnie mnie robota. Niewiele elementów zostało mi jeszcze do narysowania, więc uznałem, że zasługuję na przerwę. Odstawiłem płótno na miejsce, przy szafce w sypialni.

 Kawy, ludzie, dajcie mi kawy...

Tylko o tym teraz myślałem. Byłem totalnie wyczerpany, przez Helen nie zdążyłem wypić tego boskiego, wzmacniającego płynu rano, a potem zasiadłem do pracy i zapomniałem o tym. Dziwne, bo ja przenigdy o tym nie zapominam. Poszedłem więc do kuchni, aby napełnić się energią, płynącą z tej czarnej cieczy. O tak, teraz wyłącznie tego potrzebowałem. Spojrzałem na duży zegar wiszący nad lodówką. Kurwa, już 15:30?! Jakim cudem? No cóż, ten szybki numerek z Hel, najwidoczniej wcale nie był taki szybki, a potem jeszcze te kończenie szkicu, i proszę, taką teraz mamy godzinę. Jezu, próba przecież jest o 17:00, a ja na dodatek obiecałem Frankowi, że przyjdę wcześniej. Mieliśmy pogadać trochę, a potem razem iść do Ray'a. Nie mogłem się spóźnić, głównie ze względu na niego, nie chcę go zasmucać, za dużo tego doświadczył w życiu. No i nie mam zamiaru go zawieść już na samym początku naszej znajomości, postaram się pokazać od tej przyjemniejszej, cieplejszej, mniej skażonej skurwielowatością strony. Chciałem, żeby ten chłopak dzięki mnie był radosny i choć odrobinę zadowolony z tego, kim jest. Lubiłem kiedy się śmiał, jego śmiech miał w sobie coś niezwykłego. Zarażał nim innych i choćby nie wiem jak przybitym by się było, widok uśmiechniętego Franka potrafił wszystko złagodzić, cały smutek, żal i ból. Dzięki niemu się zmieniam, czuję to, zmieniam się na lepsze.

 Za często masz w głowie widok tego uśmiechniętego chłopaka, Gerard. Zdecydowanie za często.

Wcale nie, co ja chrzanię, o czym myślę? Często kłóciłem się z samym sobą, mimo braku w tym jakiegokolwiek sensu.
   Powoli zbierałem się do wyjścia, kiedy wpadłem niespodziewanie na fajny pomysł. Zacząłem grzebać po kuchennych szafkach, przewracając wszystko do góry nogami, robiąc w nich jeszcze większy bajzel, niż był przedtem. Gdzie jest ten jebany termos?! Nie używałem go z 10 lat, ale, kurde, gdzieś tu musi być. Całe szczęście, poszukiwany przedmiot znalazł się niebawem. Nalałem do niego gorącej kawy prosto z ekspresu. Frank na pewno się ucieszy. Po chwili wyjąłem też chleb i masło orzechowe, mając na celu zrobienie dwóch kanapek. On na bank nic dziś jeszcze nie jadł. Kiedy skończyłem, zapakowałem wszystko w czarną torbę i wybiegłem z domu z uśmiechem na ustach.
 
 Skurwielu, skąd w tobie tyle dobra?

niedziela, 30 grudnia 2012

Rozdział 5

 Okej, nie bądźcie źli na Gerarda, on się jeszcze zmieni, przysięgam. Chociaż, przez ten rozdział możecie go jeszcze bardziej znielubić, wierzcie mi, wszystko się ułoży. Przecież to skurwiel, to nie jest takie proste zmienić skurwiela ;D
 Dobra, kończę gadanie i zapraszam do lektury C;



 - Do zobaczenia jutro! - krzyknął Ray na do widzenia, kiedy ja i Frank opuszczaliśmy miejsce prób.
 -  Do zobaczenia i jeszcze raz, dziękuję za wszystko - odpowiedział uśmiechnięty i radosny jak nigdy dotąd brunet. Był szczęśliwy, tak bardzo szczęśliwy, że swoim szczęściem zarażał mnie i wszystkich dookoła. Byłem z siebie dumny i zadowolony, bo wiedziałem, że to wszystko dzięki mnie. Serce biło mi szybciej gdy widziałem radosną, rozpromienioną twarz tego niskiego chłopaka, który tak wiele w swoim życiu wycierpiał. A teraz, przez moją inicjatywę, może choć przez chwilę poczuć, że ktoś go potrzebuje i chce dla niego dobrze. A tą osobą chcącą dla niego dobrze byłem ja. Tak, zależało mi na nim. Z bliżej nieokreślonego powodu, chciałem, żeby odtąd zawsze był szczęśliwy. Zbyt dużo wycierpiał, a przecież kompletnie na to nie zasłużył. Jego ścieżka życia okazała się być niezwykle wyboista, z licznymi przeszkodami. Postaram się usunąć chociaż część z nich.
 - Czyli jutro o 17:00, tak? - spytał rozpromieniony Frank. Chyba po raz szósty przez ostatnie pół godziny, był tym ogromnie podekscytowany.
 - Tak, tak. Widzę, że Ci się spodobało. Cóż, wiedziałem, że tak będzie. - odparłem z dużą dozą pewności siebie w głosie. Tak, byłem pewny siebie, przynajmniej w tym momencie. Wiedziałem, że wszystko co chciałem, wykonałem, i to tak, jak zamierzałem od samego początku.
 - Dobra, przyznaję, od początku miałeś ze wszystkim rację, a ja się bałem, jak głupi, teraz to wiem - rzekł brunet, uśmiechając się nieśmiało pod nosem. Ciągle wpatrywał się w czubki swoich szmacianych butów. Niezwykłą cechą tego chłopaka była jego zmienność i nieprzewidywalność. Raz gadatliwy i rozbiegany, a raz zawstydzony i skryty. W jego zachowaniu dało się też zauważyć pewien dziecięcy wstyd, który bardzo mnie nurtował od samego początku. Nadal jednak nie mam pojęcia, skąd go w nim tyle. -  Ale ważne, że dałem ci się namówić na ten szalony pomysł. - mówił dalej Frank. Lubiłem wiedzieć, że miałem rację, za to nie znosiłem przegrywać i tracić to, na co pracowałem od dawna. Nigdy nie rezygnuję też z czegoś, na czym mi zależy.

   Szliśmy obok siebie przez długą, parkową alejkę, którą często pokonywałem w drodze na próbę i gdy z niej wracałem. Ten park to chyba najfajniejsze miejsce w naszym mieście, a już na pewno moje ulubione. Dawniej, kiedy jeszcze chodziłem na studia, przychodziłem tu w zimowe poranki, nawet, gdy było bardzo mroźno. Siadałem nieopodal jakiegoś małego drzewka albo krzaka i potrafiłem godzinami szkicować jedną, oszronioną gałązkę, aby jak najdokładniej oddać jej rzeczywisty wygląd. Zapominałem wtedy dosłownie o wszystkim, o ludziach gapiących się na mnie jak na idiotę, czy o tym, że człowiek czasem musi coś zjeść, żeby móc dalej funkcjonować. To wydawało mi się wtedy tak drugorzędne i mało znaczące, że aż przyjemne. Niesamowicie było mieć taką świadomość, że jesteś tylko ty, ołówek i kartka. Wtedy, tak jak i teraz, wracałem do domu późną godziną, jednakże tym razem nie byłem sam. Towarzyszył mi Frank Iero, nowy gitarzysta naszego amatorskiego zespołu. Świetny gitarzysta, tak na marginesie. Przez chwilę kroczyliśmy w kompletnej ciszy, przerywanej od czasu do czasu przez szelest zeschłych liści leżących na drodze, na które nadeptywaliśmy co chwilę. Otaczała nas mglista, październikowa szarówka, która już niebawem miała przeobrazić się w kompletną ciemność.
 - Gerard...? - usłyszałem słaby głos dobiegający z mojej lewej strony. Frank czasem mówił niezwykle cicho, z tym swoim wstydem w głosie był ledwo zrozumiały.
 - Tak? - odparłem, w porównaniu do tonu chłopaka z cztery razy głośniej.
 - Słuchaj, może i znam cię bardzo krótko, ale już mogę z całkowitą szczerością powiedzieć, że super z ciebie gość. - powiedział młodzieniec trochę głośniej, lecz wstyd w jego głosie nadal był bardzo mocno wyczuwalny. W sumie, byłem dla niego praktycznie obcą osobą, miał prawo się wstydzić. Zaskoczył mnie tymi miłymi, szczerymi słowami, mimowolnie się uśmiechnąłem i odwróciłem głowę w jego stronę. Fajnie jest słyszeć, że ktoś od samego początku znajomości ma o tobie dobre zdanie, nieczęsto doświadczałem czegoś takiego. Frank szedł tuż obok mnie, ręce miał schowane w kieszeniach spodni, a głowę pochyloną w dół. Wpatrywał się w swoje ubrudzone błotem trampki, uśmiechając się przy tym lekko. Od czasu do czasu kopał leżące na betonowej dróżce patyki albo liście. Wyglądał niezwykle tajemniczo.
 - Dzięki, Frank - odparłem szczęśliwy. Czułem, że na moje zmarźnięte policzki wstępują różowe rumieńce.

  Och Gerard, daj spokój, skurwiele nie wiedzą, co to wstyd.
 
   Może i nie wiedzą, ale w tym momencie zrobiło mi się niezwykle przyjemnie i ciepło.
 - Ja mogę to samo powiedzieć o tobie - ciągnąłem dalej swoją wypowiedź - Plus, wymiatasz na gitarze. - uśmiechnąłem się szeroko wypowiadając te słowa. Chyba dlatego, że byłem z nim w tym momencie kompletnie szczery, nie miałem nic do ukrycia. On miał prawo stopniowo poznawać prawdę o mnie, zamierzałem rozwijać naszą znajomość, chciałem tego. Tak naprawdę, przed nikim w moim życiu całkowicie się nie otwierałem. Może z wyjątkiem Mikey'go, on wiedział o mnie wszystko, ale bracia się nie liczą, to zupełnie inna bajka. Brunet zaśmiał się cicho pod nosem, zamykając na chwilę oczy. Głośno wypuścił powietrze z ust, po czym mówił dalej:
 - Gerard, gdyby nie ty, ja nadal stałbym jak pajac na tej durnej skrzynce i kompletnie nikogo bym nie zainteresował swoją żałosną osobą. Jedynie ty najwidoczniej uznałeś, że jestem coś wart, że jesteśmy równi sobie, mimo tego, że jestem tylko włóczęgą ze zmarnowanym życiem... - zrobił krótką przerwę, jakby zbierając siły na zadanie pytania, a ja wpatrywałem się w jego opadające na twarz ciemne, kasztanowe włosy. - Lecz czym tak na prawdę zasłużyłem sobie na twoją uwagę? - Frank zwrócił swój wzrok, dotychczas utkwiony w granatowych trampkach, ku mojej twarzy. Czekał na odpowiedź, a ja myślałem nad nią intensywnie chcąc, aby była w miarę zrozumiała i logiczna. Szło mi to jednak niezwykle opornie, gdyż do końca nie wiedziałem, co mam odrzec na jego pytanie. Mnóstwo myśli krążyło w mojej głowie w tym momencie, niektóre od razu odrzucałem, innym pozwalałem się rozwijać, aby potem wykorzystać je w odpowiedzi, którą w końcu musiałem jakoś skleić. Do jasnej cholery, czemu tak trudno odpowiedzieć mi na jedno zadane przez tego brązowookiego chłopaka pytanie?

 Czas płynie, Way, a ty powoli robisz z siebie idiotę.

Dokładnie, to prawda. Więc zebrałem się w sobie i rzekłem po chwili:
 - Wiesz, Frank... - przerwa, pomyśl co chcesz powiedzieć, potem mów - na pewno nie tylko tym, że w chłodne, październikowe popołudnie stałeś na drewnianej skrzynce w jednej, cienkiej koszulce, z gitarą w rękach, do tego moknąc na deszczu. Aczkolwiek, ten widok sam w sobie był interesujący. - spostrzegłem, że chłopak uśmiechnął się na te słowa, widząc to, zrobiłem o samo. - Po prostu, jak już ci wspominałem, nie wydałeś mi się być jakimś zapijaczonym żulem, który nie umie grać, ale sterczy z gitarą wśród ludzi, żeby uzbierać na kolejną flaszkę. Byłeś inny, w dobrym znaczeniu inny. Od razu wydałeś się być... Wyjątkowy. - nie pomyślałem dużo zanim, to powiedziałem. Zobaczyłem, jak oczy niskiego bruneta analizują mój każdy ruch, widziałem, z jaką uwagą chłopak wpatruje się w moją twarz. Przez to nie mogłem się skupić i zapominałem tego, co miałem powiedzieć. - Byłeś taki... Obojętny na wszystko co cię otaczało. Jakby istniała dla ciebie tylko gitara, jakbyś całkowicie się jej poświęcił i wszystko jej zawdzięczał. - Pojechałeś, filozofie, no nie ma co. -  I chyba właśnie to wyglądało w tobie najbardziej intrygująco. - skończyłem wypowiedź i poczułem wielką ulgę. Spojrzałem na Franka. Na jego policzkach pojawiły się wyraziste rumieńce w kolorze dojrzałych czereśni. Zawstydził się, tak jak już wcześniej mówiłem, często zdawał się być zawstydzony z tylko sobie wiadomych powodów. Kurde, nie powiedziałem chyba nic bardzo głupiego... Chociaż, znając mnie, to się mogło zdarzyć. Po chwili milczenia, chłopak odparł:
 - To chyba najmilsza rzecz, jaką w życiu usłyszałem. - przechylił głowę w moją stronę, jeszcze bardziej ukazując swoje zaróżowione policzki. Obdarzył mnie przepięknym uśmiechem, a po moim ciele przebiegła fala przyjemnego ciepła, która rozgrzała moje wychłodzone policzki i skostniałe palce. Jeszcze nigdy nie czułem czegoś równie niezwykłego. Ten chłopak właśnie obdarował mnie cząstką swojego wewnętrznego ciepła, którego tak bardzo mi brakowało.
 - Och przestań już, bo się rozpłaczę. - powiedziałem z ironią, szturchając chłopaka w ramię. To tak na rozluźnienie dziwnie podniosłej atmosfery. Brunet parsknął szczerym śmiechem, a ja wraz z nim. Wiedziałem, wręcz byłem przekonany o tym, że mnóstwo dobrego zrobiłem dla Franka w ciągu tego jednego dnia. Cholernie mnie to cieszyło, ale na tym jednym dniu nie poprzestanę, o nie. Postanowiłem, że zrobię wszystko, żeby nadać życiu tego chłopaka odrobiny kolorów. Czemu? Sam się nad tym zastanawiam. Po prostu uważam, ze powinienem, nie bez powodu los skrzyżował nasze drogi. Chcę mu pomóc, jak tylko potrafię. A przecież, jak ja się za coś zabieram, to nie rezygnuję. Zawzięty ze mnie skurwiel.

   Dochodziliśmy już do końca betonowej ścieżki. Dostrzegałem jasne światła ulicznych latarni. Miałem świadomość, że za chwilę Frank i ja powiemy sobie " Do zobaczenia". W porządku, tyle, że ja pójdę do swojego domku, wypiję coś ciepłego i wskoczę do mojego kochanego, wygodnego łóżka, podczas gdy Frank będzie się tułać... Sam nie wiem gdzie, nie mam pojęcia gdzie pójdzie, gdzie przenocuję, czy wszystko będzie z nim dobrze. Martwiłem się o niego, czułem, że to cholernie nie w porządku i powinienem coś zrobić... Z drugiej strony, nie pierwszy raz będzie spał na ulicy, na pewno ma gdzieś jakieś "swoje miejsce", jeśli w ogóle tak to można nazwać. I tak było mi go okropnie szkoda, to wszystko jest takie niesprawiedliwe, czym on sobie na to wszystko zasłużył? Właśnie niczym, kompletnie niczym, i to jest najbardziej okrutne. Na jego los bardziej zasługiwałem ja, mi się to należało. Ale nie dla niego, nie dla tej drobnej, bezbronnej istotki, tak bardzo mi wdzięcznej, za wszystko, co zrobiłem i tak bardzo skrzywdzonej przez ludzi. Może ja będę inny... Na pewno będę, przysięgam.
 - Więc, Gerard, do zobaczenia? - rzekł pytająco, jakby jeszcze raz chciał się upewnić, że jutro znowu się zobaczymy i że jutro będzie równie, a może jeszcze bardziej wspaniałe, jak dzisiaj. I znowu wszystko zacznie się tutaj, u wejścia do parkowej alejki z dwóch stron porośniętej lipami.
 - Tak, na pewno, Frank. - zapewniłem go. - Będę tu około 16:00. Ty też, jak mniemam? - odpowiedziałem, uśmiechając się zawadiacko do chłopaka, a on odrzekł po chwili:
 - Raczej tu będę, choć muszę jeszcze sprawdzić mój mocno napięty plan dnia. - brunet niewątpliwie wiedział, co to sarkazm. Tacy ludzie inaczej patrzą na świat, wiem to doskonale. Odpowiedziałem mu najszczerszym uśmiechem jaki tylko potrafiłem z wydobyć z mojego zepsutego, egoistycznego wnętrza. Przez takie szczere uśmiechy czułem, jak skorupa skurwielowatości pokrywająca jak dotąd moje serce, kruszyła się powoli.
 - Do zobaczenia. - powiedział, znowu zmieniając ton swojego głosu, czyniąc go bardziej tajemniczym. Itryguje mnie on coraz bardziej. Jedno jest pewne, równie interesującej osoby jeszcze nigdy w życiu nie poznałem.
 - Tak, właśnie... Do zobaczenia. - odpowiedziałem powoli, przeciągając przerwy między wyrazami. Odwróciłem się, rzucając chłopakowi ostatnie, przyjazne spojrzenie. Odpowiedział mi delikatnym uśmiechem i skinieniem głową. Nie uszedłem kilku metrów, kiedy usłyszałem jeszcze donośny krzyk bruneta:
 - Gerard! -  Potrafił krzyknąć, oj potrafił. Krzykun jeden.
 - Co znowu? - odwróciłem się i ponownie poczułem tą niewysłowioną radość i ciepło. Nie panowałem już nad sobą, było mi wspaniale z tymi nowymi uczuciami, którym to pozwoliłem na dobre zagnieździć się w moim sercu.
 - Dziękuję ci za wszystko - darł się -  przyjacielu. - tym razem, to na moje policzki wstąpił delikatny, różowy rumieniec. Chyba jeszcze nikt nigdy nie był mi za nic tak wdzięczny. Nie mówiąc już o nazywaniu mnie "przyjacielem". To słowo znaczyło bardzo wiele i zadawałem sobie pytanie, czy już aby na pewno zasługuję na to miano. Mimo wszystko, te słowo zabrzmiało tak przyjemnie w jego ustach. Chłopak, znając mnie jeden dzień z kawałkiem, nazywa mnie swoim przyjacielem. Może po części nie jestem już tym odpychającym skurwielem? Jeśli tak rzeczywiście jest, to tylko dzięki niemu.
 - Nie ma za co, naprawdę. Trzymaj się, proszę, i uważaj na siebie! - krzyknąłem do Franka, śmiejąc się przy tym donośnie, a on tylko skinął radośnie głową, po czym ruszył w swoją stronę. A ja stałem tam jeszcze przez moment, odprowadzając go wzrokiem. Lubiłem widok jego powiewających na wietrze, ciemnobrązowych, skołtunionych włosów. Nie wiem dlaczego, ale ten widok kojarzył mi się z wolnością i niezależnością. Tak, miewam dziwne skojarzenia. Brunet trzymał ręce w kieszeniach. Było mu zimno, ewidentnie. Cholera, mogłem przecież dać mu chociaż swój szalik, nie był mi on potrzebny, a ten zmarźlak przynajmniej trochę by się ogrzał. Oczywiście, pomyślałem o tym po fakcie, jak zwykle. Kiedy chłopak zniknął mi z oczu, odwróciłem się i ruszyłem w kierunku domu, wciąż myśląc o tym, że mojemu nowemu przyjacielowi nic się nie stanie. Przecież jutro znowu się spotykamy i wszystko, co dobre, zacznie się od nowa.

 Frank... Jakie ładne imię.

Chryste, Way, skup się na drodze do domu, bo się zaraz pod samochód władujesz.

piątek, 28 grudnia 2012

Rozdział 4

 Cóż, jestem przewidywalna. Rozdział ten tak sobie mi się podoba, na początku w ogóle miało go nie być, ale miałam do niego swojego rodzaju sentyment, także zostawiłam go. Obiecuję, że następne rozdziały nie będą już tak przewidywalne ;p
 No i jeszcze chciałam podziękować za bardzo miłe komentarze, tulam bardzo mocno wszystkich komentujących C:
 I bez dalszego gadania, proszę bardzo, czytajcie i oceniajcie C:


  - Gerard, odbiło ci? Gdzie ty mnie ciągniesz?! Au, moja ręka! - jęczał mi nad uchem. Musiałem ciągnąć go za nadgarstek, za bardzo się wlókł, a ja chciałem być na miejscu jak najszybciej się da. Zauważyłem, że brunet miał wyjątkowo gładką skórę w tym miejscu.

 Gerard, na dziwne rzeczy zwracasz ostatnio uwagę.

  Może się starzeję? Słyszałem, że w miarę upływu lat człowiek zaczyna zwracać uwagę na kompletnie nic nieznaczące pierdoły. Nie no, bez przesady, toż jam jeszcze hoży młodzieniec.
- Przepraszam, Frank, ale musimy się pośpieszyć. I tak już jesteśmy spóźnieni - odpowiedziałem krótko i zdecydowanie na marudzenia chłopaka. Może byłem zbyt szorstki? Mogłem mu coś wyjaśnić, cokolwiek powiedzieć... Ale nie, jednak nie. Efekt końcowy będzie dzięki temu lepszy. Jak na razie, milczę.
- Gdzie, do cholery, idziemy?! Choć tyle mi powiedz! - krzyczał brązowooki. Chryste, jego głos był taki donośny, że drażnił moje wrażliwe uszy. Z drugiej strony, gdyby to mnie nieznajomy facet ciągnął nie wiadomo gdzie, już dawno zadzwoniłbym po policję. Jestem wyjątkowo nieufny. Ale spokojnie, Frank nie ma żadnego powodu, aby dzwonić na policję. Czeka go bardzo miła niespodzianka.
- Zobaczysz, jak dojdziemy na miejsce. - Posłałem chłopakowi tajemniczy uśmiech, dalej utrzymując go w niepewności. Mam taki swój firmowy uśmiech, którym często załatwiam różne sprawy i właśnie w tym momencie wyjątkowo mi się przydał.
- Gerard, ja cię praktycznie nie znam i, no kurde, zaczynam się trochę bać... - mówił brunet z lekkim grymasem strachu na twarzy.  Śmiesznie wyglądał, taki odrobinę przestraszony. Zupełnie jakby zaraz miał wyrwać się z mojego uścisku i uciec ode mnie jak najdalej. Jednak coś podpowiadało mi, że to na pewno nie nastąpi. Pod tą maską strachu kryła się radość i ciekawość. Byłem tego pewien.
- Przestań już jęczeć. Spodoba ci się miejsce, w które cię zaprowadzę, uwierz mi - zapewniałem. -  Boisz się mnie trochę, mówisz? - zapytałem, uśmiechając się ironicznie. Nie chciałem, żeby się mnie bał, jednakowoż wywoływało to we mnie zabawne uczucie. Ludzie często mnie unikają i doskonale o tym wiem. Sam nie lubię nawiązywać z nimi bliższych kontaktów, ale chyba nic mocno przerażającego we mnie nie ma, bez przesady. Niektórzy nawet uważają, że jestem seksowny... Boże, co ja tutaj pierdolę? Posiadam za wysokie mniemanie o sobie.
A może rzeczywiście jestem seksowny?
Nie, dość, błagam.
- Sprawiasz wrażenie szaleńca - odpowiedział spokojnie chłopak, uśmiechając się do mnie bardzo nieśmiało, acz znacząco. Już widziałem, że jakiekolwiek oznaki strachu u niskiego bruneta zniknęły. Teraz był już tylko cholernie ciekawy.
- Bo nim jestem - odrzekłem i wyszczerzyłem zęby jak dzikie zwierzę.

 Dziwnyś, Gerardzie.

Chłopak zaśmiał się cicho.
 - Już prawie jesteśmy - zapewniłem go jeszcze raz, żeby miał pewność, że nie musi się ode mnie wyrywać.
Kiedy przeskakiwaliśmy kałużę, odruchowo ścisnąłem nadgarstek chłopaka jeszcze mocniej. Jednak on nie zareagował, myślałem, że go to zabolało, ale na szczęście tak nie było, dzięki Bogu. Przyrzekam sobie, że będę starał się wywoływać w nim jak najmniej uczucia strachu. Po kilku minutach pokonywania mokrej, parkowej alejki, wbiegliśmy na pasy i już byliśmy pod garażem Ray'a.
- Hej, chłopaki, chodźcie tu! Przedstawię wam kogoś! - krzyknąłem głośno, stanąwszy w drzwiach.
- Gerard, co ty... - nie dokończył chłopak, bo przed nami stali już Ray, Mikey i Bob. Przypatrywali się nam uważnie, zastanawiając się kogo to ja im przyprowadziłem...
- Słuchajcie, to jest Frank, mój nowy znajomy.
Chłopak stał obok mnie mocno speszony. Przystępował z nogi na nogę i trochę przypominał marznącego pingwina, choć w garażu wcale nie było zimno. Jego dłonie zaczęły drżeć. Błądził wzrokiem po pomieszczeniu, raz po raz odgarniał włosy z czoła. Szturchnąłem go delikatnie w bark, żeby się odezwał.
- Ej! - pisnął cicho Frank na moją zaczepkę. - Yyy... Cześć wam! - ożywił się nagle. -  Jestem Frank Iero. I tak naprawdę nie mam pojęcia, co tutaj robię. - urwał, a następnie podrapał się w głowę. -  Może ty coś na ten temat powiesz, Gerard? - wybełkotał brunet, po czym spojrzał na mnie wymownie. Jego wzrok dawał mi do zrozumienia, że nie za bardzo podoba mu się cała sytuacja. Przeszywał mnie nim na wskroś niczym rentgenem, a ja wiedziałem, że wszystko idzie po mojej myśli.
- A więc, Frank chciałby dołączyć do naszego zespołu jako gitarzysta rytmiczny. - palnąłem, nie myśląc długo. Ale chyba właśnie to chciałem powiedzieć, nie musiałem się zastanawiać choć ten jeden raz. Wiedziałem jednakże, że konsekwencje tej wypowiedzi będą nieodwracalne.
- Co kurwa?! - krzyknął cicho chłopak prosto w moje ucho, świdrując mnie przy tym swoim wzrokiem. Chciał, żebym coś powiedział, wyjaśnił, oświecił go. Jednak ja miałem wszystko ułożone w głowie, nic nie musiałem dodawać. Wszystko wyglądało tak, jak przewidywałem. On zdezorientowany, przestraszony i niepewny, ja zadowolony z przebiegu planu. Tak, wszystko jest w porządku.
- Kurde, to super! - wtrącił się Bob.
- No jasne! - dorzucił Ray. - Już od dawna kogoś szukamy. Frank, naprawdę tego chcesz? - zapytał chłopak z bujną czupryną.
- Yyy, noo... - dukał niski brunet. Był kompletnie zbity z tropu, nie wiedział, co ma go czekać. 

 Rzucasz tego chłopaka na głęboką wodę. Skurwiel z ciebie, Way.

  Tak, wiem o tym, wielkie rzeczy. W tym wypadku jednak, moja skurwielowatość prowadziła ku szczytnemu celowi.
- No oczywiście, że on tego chce! Inaczej by go tu przecież nie było - odpowiedziałem z radością, ukradkiem spoglądając na Franka. Chłopak rzucił mi spojrzenie tak wrogie, jakby zaraz miał mnie zatłuc na śmierć jakimkolwiek przedmiotem będącym w zasięgu jego rąk. Gdyby naprawdę się na to zdobył, zginąłbym przez uderzenie gitarą basową. Ta wizja rozbawiła mnie niemiłosiernie.

 A nagroda Skurwiela Roku wędruje do... Gerarda Way'a!

- Gerard, w co ty mnie pakujesz? - szepnął cicho przerażony chłopak, dalej gapiąc się na mnie zabójczym wzrokiem. Odnosiłem wrażenie, że strach Franka był tak wielki, iż mało brakowało, a wybiegłby on z miejsca naszych prób z głośnym krzykiem.
- Jeszcze mi podziękujesz - odpowiedziałem złowieszczym szeptem, pewny siebie, z demonicznym uśmieszkiem na twarzy. - Frank, poznaj Ray'a, Bob'a i mojego młodszego braciszka - Mikey'go. Powszechnie nazywanego pojebem - powiedziałem głośno.
- To chyba u was rodzinne - odparł Frank, bez grama ironii w swojej wypowiedzi, ale wszyscy i tak zarechotaliśmy głośno. Wszyscy oprócz niskiego bruneta, on nie śmiał się ani trochę.
- Dobra, Frank, ja skoczę na górę po gitarę dla ciebie. Na tej przecież nie będziesz się męczyć - rzucił Ray i wstając popędził po schodach na górę. Chwilę później zniknął za białymi drzwiami prowadzącymi do jego pokoju.
- Jeny, on mi przyniesie swoją gitarę? Tak po prostu? - spojrzał na mnie pytająco brązowooki chłopak. Jego oczy były szeroko otwarte, jakby zaraz miały wyskoczyć z oczodołów, a usta wykrzywione w dziwacznym grymasie zdumienia.
- No jasne, Ray jest bardzo w porządku - odpowiedziałem niewzruszony.
- Ale Gerard, ja się boję, że będę niewystarczająco dobry, żeby z wami grać... - mówił zmieszany i zawstydzony, wiercąc czubkiem trampka dziurę w dywanie. Teraz zaczynało mi się robić go odrobinę żal. Może przesadzam trochę ze swoim pomysłem... On może się na dobre przestraszyć i na mnie obrazić, a tego w żadnym przypadku nie chcę. Wręcz odwrotnie, pragnę, żeby poczuł się szczęśliwy choć przez moment. Wiem, że właśnie tego mu w życiu brakuje. Szczęścia.
Aj tam, wszystko się uda, przecież on świetnie gra.
- Frank, daj spokój, słyszałem jak grasz na tym rozwalającym się pudle. Jesteś doprawdy bardzo utalentowany. Kiedy Ray przyniesie ci swoją super gitarę, to będziesz jeszcze lepszy - stwierdziłem, poklepując go lekko po plecach. Chłopak podniósł swój dotychczas wlepiony w podłogę wzrok i uśmiechnął się do mnie w geście podziękowania. Nie byłem na tyle nieczułym dupkiem, żeby nie pocieszyć go choć odrobinę. Był mocno wystraszony i jeszcze chyba nie do końca zdawał sobie sprawę z całej sytuacji, w którą to ja go wplątałem.
Nagle usłyszałem odgłos schodzącego po schodach Ray'a. W swych dłoniach trzymał przepiękną, białą gitarę elektryczną. Ephiphone bodajże.
- Trzymaj, mały - powiedział kudłaty chłopak, podając Frankowi gitarę. Brunet o mało co nie upadł z zaskoczenia, przez moment nie wiedząc, co ze sobą począć. Szczerzył się jak głupi do sera, ale wyglądał przy tym niezwykle rozczulająco. Jak małe dziecko, które dostaje na święta upragnioną zabawkę.
- Stary, ja nie wiem co powiedzieć... Ja pierdolę, jakie to piękne... - odparł chłopak. Nie mógł powstrzymać się od szerokiego, szczerego uśmiechu. Powoli przejeżdżał chudymi palcami po gryfie gitary, badał każdą strunę z wielką uwagą.
- Nic już nie mów, tylko graj - rzucił Mikey, siadając na schodach. Podpalił papierosa i uważnie zlustrował bruneta. Wszyscy pokiwali głowami, zgadzając się z jego słowami.
 Frank pełen niepewności powoli podłączył gitarę do wzmacniacza.
- Dobra, z góry przepraszam za swoje błędy, pierwszy raz trzymam w rękach takie cacko - powiedział cicho zmieszany brunet. Zauważyłem, że jego małe dłonie drżały nieznacznie. Jejku, on naprawdę za bardzo się tym przejmuje. Nie gra przecież przed komisją Idola, tylko przed kilkoma amatorami szukającymi kolejnego amatora, żeby pobrzdąkał sobie razem z nami. Mimo to, biedny Frank przeze mnie się tak denerwuje... Źle mi z tą świadomością.
- Na pewno sobie poradzisz, graj już - poganiał go Ray.
Frank popatrzył na mnie i uśmiechnął się lekko. Cholera, nie zasługuję na jego uśmiech, nie teraz, kiedy pakuję go w coś, o czym on nie miał pojęcia. Wplątałem go w to, a on nie odmówił z czystej grzeczności. No i nadal był mi wdzięczny za kawę i dzisiejsze spotkanie, nie mógł odmówić, a teraz tak bardzo się zdenerwował, biedaczek...

 Dasz sobie radę, mały. Po prostu graj. Twój znajomy - skurwiel cię wspiera.

Chłopak wziął głęboki oddech i zaczął grać partię z refrenu "Run to the hills" Iron Maiden. Szło mu świetnie, serio. Dawał z siebie wszystko i było widać, jak kocha muzykę i grę. Miał w sobie niesamowicie dużo energii, ciągle robił przeróżne rzeczy ze swoim wątłym ciałem. Podskakiwał, wyginał się na wszystkie strony, czasem coś krzyknął. Wraz z otrzymaniem instrumentu, w niepamięć odeszły jego poprzednie obawy, wstyd i nieśmiałość. Wszystko to sprawiało, że bardziej niż na jego genialnej grze, skupiałem się na jego ogólnej osobie. Przyglądałem się mu uważnie, w większości jego twarzy, wyrażającej teraz całe mnóstwo emocji. Gdzieś pośród nich wszystkich przemykało zadowolenie. Jeszcze bardziej niezwykłe było to, że dopiero co dostał w ręce nową gitarę, a zachowywał się tak, jakby grał na niej od dnia narodzin, dosłownie. Wszyscy wpatrywali się w bruneta jak zaczarowani, a ja chyba najbardziej. Niewątpliwie, chłopak był niezwykle utalentowany oraz intrygujący w pewien nieznany mi dotąd sposób. Absolutnie wszystko w nim było intrygujące, sam jego wygląd odbiegał od normy. Ale to nie wygląd przyciągał mnie do niego najbardziej, to coś innego. Takie wewnętrzne ciepło, coś, czego mi od zawsze brakowało. Byłem pozbawiony tego ciepła, a on miał go w sobie tyle, że spokojnie mógłby mi go trochę użyczyć.
Kiedy Frank skończył grać, podniósł głowę, odgarniając niesforne kosmyki z pokrytego potem czoła i zapytał tylko:
- I jak? Ujdzie tak w miarę? - dyszał nierównomiernie.
Wszyscy popatrzyliśmy po sobie, jak wyrwani z jakiegoś transu. Przyglądałem się, z jakim trudem chłopak porusza ustami, próbując skleić w miarę zrozumiałą dla wszystkich wypowiedź. Ciszę przerwał pisk Mikey'go:
- Aaa! Koleś, rządzisz! Ożeń się ze mną! - wrzeszczał, a do połowy spalony przez niego papieros wypadł mu z ust, lądując na dywanie. No tak, musiał odstawić jakąś szopkę. Mikey podniósł się ze schodów, zaczął biegać, piszczeć, skakać. Ogólnie, zachowywał się jak niestabilna emocjonalnie, pojebana psychofanka. A my wszyscy śmialiśmy się z niego tak bardzo, że aż rozbolał mnie brzuch. Tylko Frank nadal stał lekko speszony i nie wiedząc co ma ze sobą zrobić, ponownie wiercił trampkiem dziury w grubym, puchatym dywanie .Po chwili odezwał się Ray:
- Cholera, Frank, jesteś świetny! Mówię szczerze. - Brunet gwałtownie podniósł głowę, oprzytomniał w sekundę, a jego twarz pojaśniała.
- O rany, dziękuję ci tak bardzo. Wam wszystkim dziękuję - mówił szybko uradowany chłopak. Był taki rozpromieniony, a komu to zawdzięczał? Mnie, oczywiście. Mój plan się powiódł, tak jak przewidywałem. -  A tobie w szczególności, Gerard, że mnie tu przywlokłeś - rzekł ciszej, podchodząc do mnie bliżej. Przypatrywał się z wdzięcznością mojej twarzy, a ja obdarzyłem go szczerym uśmiechem. Kamień spadł mi z serca. Wszystko się udało, a Frank jest zadowolony. Byłem z siebie cholernie dumny.

 Gerard Skurwiel Way - dobroczyńca roku ratujący bezdomnych.

- I co, nie mówiłem, że dasz sobie radę? - zapytałem radośnie. Niski chłopak powoli uniósł kąciki swoich ust ku górze, obdarowując mnie nieśmiałym uśmiechem. Był mi wdzięczny. Nie musiał nic mówić, czułem to.
- Więc, Frank'u Iero, z całym szacunkiem, witamy w zespole - powiedział Bob, a my zaczęliśmy bić brawo dla naszego nowego, utalentowanego członka zespołu. Frank był taki szczęśliwy, patrzył na mnie swoimi dużymi bursztynowymi oczami, które teraz błyszczały radośnie. Cieszyłem się jego szczęściem. Przyjemne, ciepłe uczucie opanowało moje serce. Czułem się tak... Lekko, jakbym zaraz miał odfrunąć. 
Ray dał dla bruneta nasze nuty, i reszta próby przebiegła jak zwykle.
Czułem się cudownie. Znowu zrobiłem coś dobrego dla kogoś, kto nie był mną. Ktoś dzięki mnie zaznaje radości w życiu. To wspaniałe uczucie mieć świadomość, że stajesz się lepszym człowiekiem.

wtorek, 25 grudnia 2012

Rozdział 3

  Cóż, miałam wrzucać jutro, ale nudzi mi się, więc niech już będzie.
  Elena, to dla ciebie, dziękuję za wszystko C:



   Poszliśmy do małej kawiarni, którą bardzo lubiłem. Sobie i Frankowi zamówiłem dużą kawę. Sam się sobie dziwiłem, że nagle staję się taki wielkoduszny, ale wcale nie było mi szkoda pieniędzy. Z resztą, ubóstwiam kawę. To istne zbawienie w taki październikowy, wietrzny dzień. Kurde, w sumie, kawa to zbawienie w każdy dzień.
 - Gerard, wiesz, że nie będę mógł oddać ci za to kasy... - powiedział nieśmiało chłopak, chwytając w zmarznięte dłonie ciepły, wysoki kubek wypełniony parującą cieczą.
 - Daj spokój, to żaden problem. Dobrze ci zrobi coś gorącego, za ciepło ubrany to ty nie jesteś.
Nie za ciepło ubrany to mało powiedziane. Frank miał na sobie tylko obcisłe, ubrudzone jeansy, wyglądające jakby setka przedszkolaków testowała na nich swoje nożyczki i dużą, czarno-żółtą koszulkę. To wszystko, wówczas gdy ja siedziałem w długim płaszczu i szaliku. Patrząc na bruneta, przechodziły mnie dreszcze. Na samą myśl o tym, jak cholernie zimno musiało mu być, robiło mi się głupio, że grzeję się bezkarnie w cieplutkim płaszczyku.
 - Strasznie ci dziękuję. Dawno nie piłem gorącej kawy. Tęskniłem za tym smakiem - mówił, nie próbując nawet powstrzymać tej wyjątkowo szczerej wdzięczności w głosie.
 - Nie ma sprawy, proszę bardzo i smacznego - rzuciłem i uśmiechnąłem się mimowolnie. Robię coś dobrego dla kogoś, a w dodatku ten ktoś nie jest mną. Niesamowite uczucie. Ciekawe jak się nazywa... Nie osądzajcie mnie, ja po prostu rzadko kiedy zdobywam się na taką dobroć i nie wiem o tym wszystkiego.
Zasiedliśmy przy okrągłym, niewielkim stoliku przy oknie. Na zewnątrz panowała typowa, jesienna pogoda. Mglisto, chłodno, bez wyrazu. Każdy gdzieś pędzi, pokonując mokre, pokryte gnijącymi już liśćmi chodniki. Ostry wiatr smaga zaspane twarze przechodniów. Parkowe drzewa uginają się pod wpływem jego silnych podmuchów. Wiatr nadaję odrobiny życia tej październikowej, gnijącej, staczającej się na dno rzeczywistości. Tak, właśnie to nas otaczało. Umierający świat. Nic.
 - No więc, Gerard. Co robisz w życiu, czym się trudzisz, co porabiasz? - zapytał nagle szczęśliwy brunet, przerywając trwającą dotychczas ciszę. Dobrze, że w końcu się odezwał, ponieważ moje myśli zaczynały robić się nie do zniesienia. Powoli zatracałem się we własnych, mrocznych, egzystencjalnych przemyśleniach. Często spotykało mnie coś takiego. Zaśmiałem się nieznacznie pod nosem, po czym uświadomiłem sobie, że nie mam pojęcia, co odpowiedzieć na zadane przez niego pytanie.

 Matko, kim jestem, co robię?! Już, już, spokojnie, po prostu mów, przecież wiesz, kim jesteś. Chyba. Jezu, Way, dziwak z ciebie.

Wziąłem płytki, szybki oddech, zastanawiając się ostatni raz nad moją odpowiedzią. Jej część miałem już ułożoną w głowie, ale i tak wiedziałem, że większości zapomnę i będę dukał coś na gorąco. Odgarnąłem włosy z twarzy i rzekłem w końcu:
 - Chyba mogę powiedzieć, że jestem jakimś tam... - pustka, pustka w głowie. Ale muszę przecież ciągnąć wypowiedź, i tak już wychodzę na dziwaka. - Znaczy się, w pewnym stopniu... Można nazwać mnie artystą. Chyba - zaśmiałem się nerwowo, ponownie odgarniając czarne kosmyki włosów opadających na moją twarz. W końcu tak się wkurwię na te moje kudły, że owalę się na łyso i tyle. - Czyli praktycznie ciągle się opierdalam. - To akurat było bardzo szczere jak na mnie, nieczęsto się przed kimś otwierałem, w jakimkolwiek nawet stopniu. Frank parsknął cicho zduszonym śmiechem, chowając nos w kubek.
 - Rozumiem, czyli można powiedzieć, że ja też jestem artystą? - odparł pytająco roześmiany chłopak. Mało brakowało, a zamoczyłby nos w gorącej kawie. A to byłby doprawdy ciekawy widok. 
 - W sumie... Chyba tak - odpowiedziałem z uśmiechem. Śmialiśmy się jeszcze chwilę, po czym nastąpiła dziwna cisza, którą czasem przerywał dźwięk łyżeczki uderzanej o porcelanową filiżankę, dobiegający ze stolika obok. Jakaś urocza parka po naszej lewej stronie popijała gorącą czekoladę.

 Mów coś, artysto - kretynie, no mów.

 - Frank, dlaczego znalazłeś się na ulicy, co się stało? Cholera, w sumie chyba nie powinienem o to pytać, przepraszam... - dodałem speszony. Serio, nie powinienem o to pytać, on na pewno nie miał ochoty o tym gadać. W dodatku, z praktycznie obcym mu facetem. Ale, jak już kiedyś wspominałem - ja najpierw mówię, potem myślę. Jak rozwydrzona nastolatka. Brunet zwrócił ku mnie swoje brązowe oczy i wyjął nos z kubka, odstawiając go na bok.
 - Powinieneś - odrzekł po chwili. - Już dawno z nikim szczerze nie rozmawiałem, potrzebuję tego. A skoro właśnie ty chcesz poznać dość żałosne losy mojej osoby, to ja nie mam nic przeciwko - dokończył chłopak. Gdzieś po jego twarzy błądził słaby uśmiech. Coś niesamowitego, ten chłopak chce mi o sobie opowiedzieć. I to nie byle co, chce mi opowiedzieć, czemu wylądował na ulicy, więc to chyba jeden z najważniejszych elementów jego życia. Było to dla mnie coś zupełnie nowego. Czułem się w pewien sposób wyróżniony.
 - Zatem zamieniam się w słuch - odrzekłem, pochylając się lekko do przodu i zmniejszając przy tym przestrzeń między nami. Frank usiadł na krawędzi kawiarnianego krzesła i oparł wytatuowane dłonie o blat stolika. Popatrzył na mnie przez chwilę, jakby chciał mieć pewność, że nadal tu jestem, chcę go wysłuchać i nigdzie sobie nie pójdę. Najwyraźniej dla niego również nowością było to, że ktoś poświęcał mu swoją uwagę.
 - Otóż moim rodzicom, delikatnie mówiąc, nie układało się - zaczął dość cicho - Nadszedł dzień, kiedy ojciec wyszedł z domu i po prostu nie wrócił. Tyle go widziałem. Miałem wtedy 16 lat, potrzebowałem ojca, a on nas zostawił... Tak bardzo starałem się wspierać matkę, chciałem jej pomóc. Cierpiała okropnie, a ja byłem tylko dzieciakiem, ale wiedziałem, że muszę jej pomóc. Cóż, nie udało się. Matka zaczęła pić. Raz nawet mnie uderzyła. Wiem, że tak naprawdę nie chciała tego zrobić, ale stało się. Potem było już tylko gorzej. Olałem szkołę, z resztą tam nikt się mną nie interesował. Nie miałem przyjaciół, na dodatek uczyłem się beznadziejnie, bo kompletnie nie miałem do tego głowy. Byłem odludkiem z gitarą. Tylko ona mnie rozumiała i to jej poświęcałem najwięcej swojego czasu. Sam uczyłem się na niej grać, nawet nieźle mi to szło. W końcu poczułem, że nie dam rady tak dłużej żyć i jeśli czegoś nie zrobię, to po prostu się wykończę. Spakowałem kilka najpotrzebniejszych rzeczy, wszystkie swoje oszczędności i uciekłem. Zostawiłem to całe gówno za sobą i teraz jestem tu. Nie wiem, czy zrobiłem dobrze, ale przynajmniej uwolniłem się od widoku wiecznie zapłakanej i pijanej matki. Gdybym pobył z nią jeszcze trochę... Nie chcę nawet myśleć o tym, co mogłoby się ze mną stać, na pewno nic lepszego, niż dzieje się teraz. Ciężko jest codziennie oglądać jak najbliższa ci osoba coraz bardziej się stacza... - Frank urwał wypowiedź i spuścił głowę, splatając swoje dłonie. Przez chwilę nie mówił nic, a ja słyszałem tylko jak głośno oddycha. - Nawet nie wiem, czy wszystko z nią teraz w porządku. Nie ma mnie przy niej już pół roku... - powiedział bardzo niewyraźnie. Jakby wstydził się swoich słów.
  Wpatrywałem się uważnie w chłopaka i czułem, jak żal i współczucie ściskają moje serce. Nikt nigdy nie był ze mną tak szczery, równocześnie żadna poznana przeze mnie osoba nie miała aż tak smutnej i przejmującej przeszłości. Chciałem go pocieszyć, powiedzieć coś miłego, ciepłego, ale najwyraźniej nie potrafiłem lub nie byłem na to gotowy, on pewnie też. Gdybym teraz wyjechał ze słowami najszczerszego współczucia typu "O mój Boże, Frank, to takie straszne!" i tym podobnymi, pewnie uznałby, że wszystko, co do tej pory dla niego zrobiłem, było z czystej litości. Oczywiście, było mi go szkoda, ale nie tylko dlatego postanowiłem, że mu pomogę. Po prostu wydał mi się interesującą w pewien sposób osobą, z którą, dokładnie nie wiem czemu, chciałem nawiązać bliższą znajomość.
Często narzekałem na swoje problemy, ale w porównaniu do problemów tego młodego chłopaka, te moje były na prawdę do zniesienia. Mogłem teraz porównać, z jakich powodów cierpiałem ja, a z jakich on. Ja sam zgotowałem sobie mnóstwo problemów własną osobą. Byłem okropny, przez co odrzucany. Przyzwyczaiłem się do tego. Za to on nie zrobił nic, to życie obróciło się przeciwko niemu. Odnosiłem jednak wrażenie,  jakbym trochę słuchał samego siebie. Trudna sytuacja w domu, w szkole nikt cię nie lubi, nie akceptuje. Jesteś tylko ty i twoje problemy, które nikogo nie interesują. Jednakże ja miałem na tyle dobrze, że nie musiałem uciekać. On nie miał wyjścia, dlatego rozumiałem jego decyzję.
 - Frank, tak strasznie mi przykro... - wybełkotałem. Tylko na tyle było mnie w tym momencie stać. Patrzyłem w oczy chłopaka. Były takie duże i jasne, zdawały się śledzić mój każdy ruch. Na jego czoło opadało kilka kosmyków włosów o bardzo ciemnym odcieniu brązu.
 - Dzięki, jakoś daję sobie radę. Pogodziłem się z tym wszystkim. W końcu nie jestem już tamtym szesnastoletnim dzieciakiem... Cóż, taki mój zasrany żywot i tyle -  odparł, lekko się przy tym uśmiechając. Matko, ten biedny chłopak tyle przeszedł i po tym wszystkim dalej potrafił się uśmiechać. Na dodatek bardzo szczerze, w kompletnie niewymuszony sposób. Potrafiłem rozpoznać sztuczny uśmiech. Wiele razy w swoim życiu miałem z nim do czynienia. Za wiele.
 - Ile tak w ogóle masz lat? - rzuciłem bez większego zastanowienia. Nawet nie wiem, po co mi była ta informacja, ale skoro już spytałem...
 - Prawie 22. Stara dupa już ze mnie - odpowiedział chłopak, po czym zachichotał głośno. Wziął kawę i napił się pośpiesznie. Ja też parsknąłem śmiechem. Prawie 22 lata. Strzeliłem niemal idealnie myśląc, że między nami jest maksymalnie 6 lat różnicy, a mianowicie było 5.
 - Frank, ja... - nie dokończyłem, bo przerwał mi dzwonek telefonu. To Ray, na sto procent. - Przepraszam, muszę odebrać - rzuciłem trochę poirytowany. Chłopak tylko kiwnął głową, nie wysuwając nosa z kubka wypełnionego kawą.
 - Halo?
 - Gerard, próba zaczyna się za 10 minut. Nie zapomniałeś chyba? - Kurwa, oczywiście, że zapomniałem. Jak niby miałem teraz o tym pamiętać?!
 - Cholera. Dobra, Ray, już biegnę - odpowiedziałem i rozłączyłem się, wstając od stolika. - Frank, wcale nie chcę, ale muszę już spadać... - powiedziałem głosem pełnym zawodu i zrezygnowania.
 - Rozumiem... Dziękuję za wszystko - odrzekł chłopak, zmuszając się do uśmiechu. Próbował zatuszować swój smutek, ja jednak wiedziałem, że chłopak jest zawiedziony i wcale nie chciał już kończyć naszego spotkania. Ja również nie chciałem go tak zwyczajnie, po chamsku zostawić po tym, jak poznałem jego tragiczne losy. Widziałem, że momentalnie posmutniał. I wtedy coś przyszło mi do głowy.
 - Fraank...? - wykrzywiłem usta w geście zawadiackiego uśmiechu.
 - Słucham, co takiego? - Chłopak natychmiast się ożywił, odstawiając naczynie z naszym ulubionym napojem na bok.
 - Idziesz ze mną, wstawaj - rzuciłem krótko - Bierz gitarę i co tam jeszcze ze sobą targasz. - Machnąłem ręką i uśmiechnąłem się zadziornie. Brunet popatrzył na mnie jak na psychola. 

 Ach, Gerard, co ty knujesz, bestio ty jedna?

 - Czekaj, bo nie bardzo rozumiem... - zaczął zdziwiony chłopak, świdrując mnie swoimi złotawymi oczami. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie pozwoliłem mu na to. Dość się dziś naopowiadał. Teraz moja kolej zrobić coś, co pozwoli nam poznać się jeszcze bardziej.
 - Ale co tu rozumieć? - urwałem -  Wstajesz i idziesz ze mną - dokończyłem pewny siebie, poganiając chłopaka. Nie mogłem się doczekać, jak zareaguje na mój pomysł. A był on po prostu genialny, jak każdy pomysł wymyślony przeze mnie. 
Zdezorientowany, ale szczęśliwy młodzieniec wstał z krzesełka i rzucił mi spojrzenie pełne ciekawości. Oj nie chłopcze, na razie niczego się nie dowiesz, ha! 
   Dzwoneczek wiszący u góry kawiarnianych drzwi zadzwonił cicho, kiedy wychodziliśmy z pomieszczenia.